
![:-] :-]](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile42.gif)




![:-] :-]](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile42.gif)






W ogródku lipcowo - kolorowo.
Oto piękna czerwona lilia. Posadziłam ją w tym roku. Będąc w sklepie nie mogłam się oprzeć pokusie i kupiłam dwie cebulki, chociaż w moim ogródku lilie nie bardzo się udają. W pierwszym roku kwitną a w następnym znikają.

Uwielbiam Orliki - przypominają mi dzeciństwo. Tutaj na tle kalifornijskich maków (California Poppy) - to te żółte z prawej strony.

A tę różowość wszyscy znają. Bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam cebulki frezji w sklepie, bo dla mnie to był zawsze kwiat szklarniowy. Ale 2 dolary to nie majątek, więc kupiłam, posadziłam a teraz cieszę oczy widokiem różowych, białych i żółtych wonnych piękności i zastanawiam się przy tym czy je należy wykopać na zimę. Obawiam się, że mogą nie przetrwać nawet takiej łagodnej zimy jaką tutaj mamy.

U Smyka w przedszkolu panoszy się ospa.
Pogodziłam się z myślą,że to tylko kwestia czasu kiedy Hultajstwo dostanie wysypki. Kiedy więc w piątek Smyk najpierw stracił apetyt a potem zaczął gorączkować, czekałam już na wysypkę i drapanie.
Ale się nie doczekałam.
Za to dziecko dostało biegunki i skarżyło się coraz bardziej na ból brzucha, i w niedzielę rano wylądowaliśmy u lekarza (gdzie w poczekalni Mały pokazowo zwymiotował na podłogę - dobrze, że tam dywanów nie ma).
Zamiast oczekiwanej ospy mamy nieoczekiwany wirusowy nieżyt żołądka. Coś takiego jak zimą, ale teraz już wiem, żeby nie dawać dziecku mleka bo to dodatkowo podrażnia żołądek.
Zamiat planowanego wyjazdu nad jezioro odwiedziliśmy przychodnię, a dzisiaj zamiast w pracy i przedszkolu, spędzamy czas w domu.
Jakby tego było mało, w piątek zepsuł się nam modem, więc dodatkowo zostaliśmy odcięci od świata.
Dzisiaj z zapasem pieluch, myjek i ubraniem na przebranie pojechałam w sprawie modemu i mam już nowy, jak widać działający.
Hultajstwo też już ma się lepiej - zaczyna jeść i przestał dostarczać prania w ilościach hurtowych.
Czyli, że jutro wszystko wraca do ustalonego rytmu: mama do pracy, Hultajstwo do przedszkola.
Wczoraj, kiedy to Smyk nawet pić nie bardzo chciał, zrobiłam mu lody z soku. W pewnym momencie pytam "A chcesz loda? Na pewno pomoże Ci na bolący brzuszek." Hultajstwo idzie do kuchni, otwiera zamrażalnik, i wraca do pokoju z kostką lodu w ręce, którą zaczyna przykładać sobie do brzuszka. No bo przecież wiadomo, że jak coś boli to sięprzykłada lód, prawda???











Nadszedł czas, aby podsumować dokonania robótkowe w czasie moich minionych wakacji.
Niestety z powodu rozlicznych innych zajęć nie udało mi się zbyt wiele wydziergać, ale druty nie leżały bezczynnie.
Zrobiłam sobie jeszcze jeden rozpinany sweterek z bawełnianej szenili (o tym jak ją kupiłam, pisałam tutaj). Wzór jest szalenie prosty: 4 oczka prawe, jedno lewe. Wykończenie - w warkocze.
Swterek był już chodzony i prany.

Jak widać na zdjęciu, dorobiłam się popiersia, bo niestety manekin to nie jest, a jedynie wytłoczone w plastiku popiersie.

Zawsze byłam ciekawa ile czasu zajmuje zrobienie swetra. Często jestem o to pytana i w zasadzie nie potrafię dokładnie odpowiedzieć na tego typu pytania. Dziergając ten sweterek zapisywałam sobie ile czasu na to poświęciłam i wyszło mi, że z przyszywaniem guzików i zszywaniem ok. 30 godzin.









Wtałam dzisiaj o szóstej rano (u mnie nadal jeszcze jest poniedziałek), żeby zadzwonić do linii lotniczych i okazało się, że mimo że na stronie internetowej na bilecie męża brakuje nadal dwóch połączeń, to są one w systemie informatycznym linii United.
Dużo spokojniej wyjechaliśmy na lotnisko, a mamy dość daleko, bo prawie 200 km.
Na lotnisku gruntownie przetestowaliśmy pracę schodów ruchomych. Woziliśmy się nimi ze Smykiem (z mężem na zmianę) chyba ze 20 razy.
W chwili, kiedy piszę, moje chłopaki lecą już do Polski. Planowo mieli wylecieć godzinę temu, ale jeszcze przed startem wiadomo już było, że mają opóźnienie. Ale mam nadzieję, że jednak lecą.
Z Portland do Chicago dotarli bez przeszkód. Smyk najpierw spał, po przebudzeniu trochę pomarudził a potem rozbrykał się na dobre w swoim stylu i tak zleciały im te 4 godziny.
Jak żegnałam się z zupełnie nieświadomym długości rozstania z mamą Smykiem, to było mi bardziej niż markotno. Jeszcze chwilę trzymałam się jako tako, ale kiedy tylko moje Dziecię zniknęło mi z oczu za ostatnimi bramkami to pobeczałam się ... dokładnie tak samo jak Hultajstwo, kiedy odmówi mu się cukierków...
W celu ukojenia nieco żalu, udałam się do pobliskiej IKEI i po półtorej godzinie dreptania i oglądania na spokojnie wszystkiego co tam mają, ból nóg odwrócił w pewnym stopniu uwagę od bólu rozstania ze Smykiem.
A po powrocie do domu rzuciłam się w wir sprzątania i porządkowania.
Taki jakiś nieskładny wyszedł mi ten wpis, ale ciężko mi się pozbierać i skupić.
Właśnie wiszę na telefonie z liniami lotniczymi, bo jak można się domyślić, dalej wszystko jest nie tak jak być powinno.
Wprawdzie na rozpisce męża pojawił się powrotny lot z Monachium do stanów, ale za to zniknął poniedziakowy lot z Chicago do Krakowa. I nadal nie ma powrotnego połączenia z Krakowa do Monachium.
Jakimś cudem zniknęła od wczoraj rezerwacja na lot męża z Chicago do Krakowa.
A LOT i Lufthansa w Chicago są zamknięte w weekend, więc United proponuje mi przełożenie podróży na dzień następny.
Od pół godziny słucham tej ich muzyczki i zaraz mnie szlag trafi.








niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 95610

Motylek:
motylek73@gazeta.pl
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: