Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Sprawa komarów a poszerzanie słownictwa dziecka

poniedziałek, 04 sierpnia 2008 21:41
Wybraliśmy się wczoraj nad Waldo Lake.
Spędziliśmy dzień miło pływając pontonem po jeziorze. (Zdjęcia w stosownych zakładkach).
W drodze powrotnej postanowiliśmy spenetrować przeciwny brzeg jeziora i może następnym razem tam się wybrać.

Zajeżdżamy na miejsce.
Miejsce do spuszczenia pontonu na wodę jest. 
Idziemy kawałek wzdłuż brzegu i natrafiamy na najpiękniejszą plażę, jaką widzieliśmy w Oregonie. 
Czysty, choć ciemny piasek obmywa krystalicznie przejżysta woda. Na brzegu trochę ogołoconych z kory pni i gałęzi wyrzuconych na brzeg.
Idealne miejsce do zabawy dla Smyka!
Ochoczo zzuwamy buty, wchodzimy do wody.

Udało nam się zanurzyć do wysokości kostek kiedy napadły na nas hordy bzykających wygłodniałych komarów żądnych krwi.
Oganiając się od nich spojrzałam na Smyka - jego ręki nie było widać spod czarnej masy kłębiących się owadów.

Buty w ręce, dziecko pod pachę i biegiem do samochodu!

Razem z nami do środka wpadło jakieś 50 insektów.

Mąż macha rękoma starając się równocześnie odgonić je od siebie i pozabijać ile się da w jak najkrótszym czasie. 

- FUCK!!! FUCK!!! FUCK!!! - Nawet nie stara się ukryć wściekłości.

- Fuck. - Mówo Hultajstwo i uśmiech rozaniela mu twarz.
- Fuck. - Na buźce Smyka maluje się satysfakcja z opanowania kolejnego wyrazu.
- Fuck. - Wytrwale ćwiczy dziecko nowo poznany wyraz...


komentarze (4) | dodaj komentarz

"Tak lekko płynie nam to lato, jakby biedronki nim powoziły..."

piątek, 01 sierpnia 2008 20:14
Ponieważ nie mamy już z mężem urlopu (mąż wykorzystał go na wyjazd do Polski a ja na chorowanie Smyka), więc pozostają nam jedynie letnie wyjazdy weekendowe. A w zasadzie to wyjazdy niedzielne, bo w sobotę jest za dużo do zrobienia w domu.

Na każdym z takich wyjazdów zdarzy się coś zabawnego - Hultajstwo zawsze o to dba!

I tak nad oceanem, podpuszczony przez tatę próbował czy woda rzeczywiście jest słona. A potem konkurował z tatą w pluciu tą wodą na odległość obwieszczając wszem i wobec, że Maniu blau! (Niedobra/brudna woda!). Do tej pory, kiedy widzi w telewizji ocean lub morze to sobie przypomina tamto próbowanie i mówi to samo.

Po jednej z wycieczek, tym razem na szczyt niewielkiej górki, trzeba było wymyć buty, które nam się mocno zakurzyły. 
Nalałam wody do miski i zaczęłam je szorować na tarasie. Smyka nie usatysfakcjonowało polewanie tenisówek płynem do mycia naczyń w takiej obfitości, że moglibyśmy otworzyć fabryczkę piany. Sam musiał też szorować (ta myjka miała taki zachęcający różowy kolor!). Dostał w łapki swoje sandałki, także zakurzone, i myjkę. Skoncentrował się głównie na szorowaniu podeszew. 
W sumie to dość logiczne - w końcu podeszwy na 100% były brudne...

Nad rzeką wrzucaliśmy kamienie do wody, najlepiej tak, żeby wszystkich wokół ochlapać (czyli tylko nas, bo akurat nikogo innego tam nie było). A potem chowaliśmy się za kępami trawy (takiej dużej jaka bywa nad wodą).
Tuż przed powrotem Smyk przewrócił się i otarł sobie kolano.
Jestem niemal pewna, że jego wrzask postawił na równe nogi połowę stanu.
Kolano zostało przewiązane mokrą chusteczką a my pognailśmy na najbliższą stację benzynową, żeby kupić plasterek, bo akurat nie mieliśmy przy sobie. Wycie dziecka z powodzeniem zastępowało sygnał karetki. Ktoś postronny doszedłby do wniosku, że bez amputacji się nie obejdzie!
Plasterek został przylepiony, ale dopiero lizak okazał się w miarę skutecznym panaceum.
Potem jak tylko sobie Smyk przypomninał o swoim ałi to zaraz zaczynał kuleć. Utykanie ustępowało kiedy uwaga dziecka skupiła się na czymś ciekawszym.

Te wszystkie otarcia kolan są Hultajstwu bardzo na rękę - nie musi sobie wymyślać bólu brzuszka. ;-)

komentarze (3) | dodaj komentarz

Cukierki osuszą Ci łzy

czwartek, 31 lipca 2008 20:24
Po powrocie z Polski poranki w przedszkolu były koszmarne. To nie był płacz a histeria. Nie mogłam tego słuchać, myślałam, że serce mi pęknie.
Na szczęście nigdy nie trwało to długo - wiem, bo zawsze czekałam za zamkniętymi drzwiami aż płacz ucichnie.

W tym rygodniu dziecko przestało histeryzować. 
Ciekawe czy ma to coś wspólnego z obietnicą otrzymania cukierka przy odbieraniu go po pracy?

Co rano zapewniam Smyka, że przecież odbiorę go po pracy, po tym jak pójdzie spać po obiadku. Obiecuję mu też, że jak będzie grzeczny, tzn. nie będzie  rano płakał i pozwoli sobie ściągnąć sweter, kiedy zrobi się ciepło (panie musiały go rozbierać niemal na siłę bo nie pozwolił sobie ściągnąć swetra nawet przy temperaturze +35 C!) to dostanie cukierka.

No i dostaje tego cukierka, a w zasadzie dwa.

Od kilku dni rano nie płacze, pozwala też paniom ściągnąć sweter kiedy zrobi się cieplej. 

Od kilku dni też Hultajstwo nie zabiera już ze sobą do przedszkola żadnej przytulanki!

:-]

Jedziemy sobie samochodem, Smyk zabiera się za odpakowanie pierwszego cukierka a ja postanowiłam go zaskoczyć pytaniem: "A jak zjesz jednego cukierka to ile ci zostanie?" A moje rezolutne dziecko odpowiada: "Łana!" (One-a - jeden)
Ciekawe, czy udało mu się zgadnąć czy rzeczywiście taki bystrzacha?


komentarze (5) | dodaj komentarz

Pierwsze urodziny Julki

środa, 30 lipca 2008 18:04
Córeczka mojej koleżanki Kasi, Julka, kończy dzisiaj pierwszy rok życia.
Mimo, że Julka mieszka daleko, bo w Polsce, śledzę jej poczynania na tym świecie dzięki licznym zdjęciom i wiadomościom od Kasi.

Taka śliczna panienka nie może obejść się bez letniego ażurowego sweterka, najlepiej białego, prawda? I dostała taki od ciotki z Hameryki, wydziergany rękoma tejże.



Na zdjęciu powyżej solenizantka radośnie prezentuje prezent od ciotki czyli sweterek plus dodatek w postaci sukienki i kapelusika. Do kompletu są jeszcze takie fajowe majtasy, ale damy takich szczegółów garderoby nie prezentują publicznie, więc ich nie widać na zdjęciu



Sweterek jest zrobiony z włóczki Luster Sheen z Red Heart (100% akryl), nieco pnad dwa motki po 57 g każdy (2 oz), druty US3 (3.25 mm). Splot: Snowdrop Lace (z książki The Knitter's Handbook, autorstwa Eleanor Van Zandt - widziałam ją gdzieś poskanowaną w czyimś albumie pcasa),
To jeden z tych projektów, przy których praca to czysta przyjemność i aż szkoda człowiekowi, kiedy już się skończy - chciałoby się jeszcze!

Na koniec życzenia wszystkeigo najlepszego dla małej Julii! @)-->-->-- serce

komentarze (8) | dodaj komentarz

25, 26 & 27/2008

wtorek, 29 lipca 2008 20:13
Oj troszkę się opuściłam z lekturą, i nawet nie mam dobrej wymówki dlaczego tak się stało!
Ale ostatnio wprowadziłam pewne zmiany w naszych utartych codziennych poczynaniach.
Teraz odwożę Smyka do przedszkola nieco wcześniej (10-15 minut) i o tyle później go odbieram. Ponieważ pracuję nadal w tych samych godzinach, to uzyskane w ten sposób dotatkowe minutki poświęcam na czytanie w samochodzie. W skali tygodnia trochę się tego nazbiera.
Ostatnio przeczytane właśnie w samochodzie:

Żar (Sándor Márai)
Książka pożyczona od koleżanki, zupełnie inna niż to co ostatnio czytałam. 
Ktoś mądry napisał w posłowiu, że książka ta jest afabularna, a wszystkiego dowiadujemy się z monologów lub opisów. Podobała mi się na tyle, że prawdopodobnie przy kolejnych zakupach książkowych moja biblioteczka wzbogaci się o nowego autora.

Zielona Mila (Stephen King)
Na hasło "Stephen King" przeważnie pada odpowiedź typu "Lśnienie". A kto wie, że na podstawie jego powieści nakręcono jeden z najbardziej wzruszających i poruszających filmów pod takim samym tytułem co powieść? 
Kilka lat temu przeczytałam Zieloną Milę dzięki koleżance. Usiłowałam ją nawet kupić, ale nie znalazłam jej wówczas w żadnej księgarni. Film kupiłam w ciemno i nigdy tego nie żałowałam. To jeden z nielicznych filmów, który wcale nie jest gorszy od powieści na podstawie której został nakręcony jak to przeważnie ma miejsce.
Teraz mam też i powieść. Kupiona w internecie, przywieziona z Polski przez męża.

Jak wam się podoba (William Szekspir)
Na początku lat dziewiędziesiątych kupiłam sobie wszystkie dostępne wówczas w wydawnictwie "W drodze" dzieła Szekspira w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. 
Sporo z nich nawet przeczytałam, chociaż skupiłam się głównie na komediach.
Książeczki stoją sobie na półce, a że każda ma okładkę w innym kolorze, to seria przyciąga uwagę Hultajstwa od zawsze. Najpierw zrzucał je na ziemię, potem przekładał na inne półki, a ostatnio zabrał się za czytanie. Wziął sobie "Poskromienie złośnicy", ułożył się wygodnie na wersalce i zaczął po swojemu czytać - na głos! Potem ja mu czytałam wybrane fragmenty, a potem Smyk znowu sam pogrążył się w lekturze. Bardzo go to wciągnęło, zwłaszcza, że okładka jest intensywnie różowa...
W każdym razie dzięki Smykowi wróciłam do Szekspira. Na pierwszy ogień poszło "Jak wam się podoba", ponieważ wydawało mi się, że tego akurat nie czytałam. Już po kilku stronach przypomniałam sobie, że jednak czytałam, choć dawno temu. Nie szkodzi. Dobrego dowcipu na dodatek w mistrzowskim tłumaczeniu nigdy za wiele!


komentarze (4) | dodaj komentarz

Jak Smyk naprawił dziadkowi kosiarkę

poniedziałek, 28 lipca 2008 19:31
To historia, która zdarzyła się podczas pobytu Smyka u dziadków w Polsca, poznana dzięki relacji taty.

Jak wiadomo Hultajstwo uwielbia kosiarki i koszenie. 
Nigdy tacie nie przepuści i zawsze koszą razem.

Nie inaczej było w Polsce, tyle, że tym razem Smyk kosił nie z tatą, ale z dziadkiem. 
My mamy kosiarkę na benzynę, dziadek na prąd.
Kosili i kosili, aż dziadek miał już dość, ale Hultajstwo ma niespożyte siły i domagał się więcej.
No to dziadek cichcem wyciągnął wtyczkę z kontaktu i oświadczył wnukowi, że koniec koszenia bo kosiarka się zepsuła.

Ale Smyka nie tak łatwo nabić w butelkę! 
Ujął kabel w dłoń i jak po sznurku dotarł do kontaktu, gdzie zdiagnozował naturę problemu, poczym naprawił kosiarkę... wkładając wtyczkę na powrót do kontaktu.

Następnym razem dziadek będzie się musiał nieco bardziej postarać!

Smyk asystował także dziadkowi podczas koszenia tradycyjną kosą.
Bardzo mu się to spodobało. Już po powrocie dorwał w szopce kawałek zeszłorocznej konstrukcji pod siatkę, która broniła ptakom dostępu do truskawek: dwóch rurek PCV, tak złączonych, że tworzyły literę L. W oczach dziecka to wypisz wymaluj kosa dziadka! No i kosiło dziecko trawę tą swoję kosą.

:-]          :-]          :-]

PS do wpisu o liczeniu:
W miniony weekend Smyk zaskoczył nas liczeniem (na razie do dwóch).
Będąc w parku bawiliśmy się szyszkami. Między innymi układaliśmy szyszki w rządku i liczyliśmy, tzn. głównie ja liczyłam po polsku, Hultajstwo dotykało i pokazywało na paluszkach ile szyszek. Nagle sam z siebie zaczął je liczyć:

- A łana, a tuła, a XXX... (Od angielskiego "one two" czyli "jeden dwa") Kolejnych liczebników w wykonaniu Hultajstwa nie dało się zidentyfikować.

Jak rządek szyszek zrobił się dłuższy i Smyk nie znał już dalszych liczebników to poradził sobie tak, że przy każdej dodanej szyszce mówił "A łana" (one).


komentarze (6) | dodaj komentarz

Sygnalizacja świetlna

piątek, 25 lipca 2008 21:26
Jak obiecałam, dzisiaj o kolorach.
Hultajstwo rozróżnia podstawowe kolory, przy czym najbardziej podoba mu się różowy.

A nauka kolorów zaczęła się nietypowo (a może jednak typowo?).

Smyk nigdy nie potrafił wysiedzieć zbyt długo w foteliku samochodowym, teraz jest już nieco lepiej, ale kiedyś 15 minutowa jazda z nim to była tragedia. Trzeba było dziecko jakoś zająć, wciągnąć w jakąś zabawę.

Padło na sygnalizację świetlną - wiadomo, że świateł w mieście pod dostatkiem, więc "materiału" do zabawy raczej nam nie brakuje. I tak się zaczęła nasza zabawa w "Jakie światło?"

Początkowo Smyk nie potrafił nawet zlokalizować świateł, kolory to też była czarna magia, mimo, że tylko dwa. Ale z czasem wyrobił się i teraz do znudzenia powtarzamy:

- Jakie światło?/Jaki kolor?
- @%&*@ (Smyk nie potrafi wypowiedzieć nazwy a ja nie potrafię oddać zapisu dźwięków, którymi on określa kolory zielony i czerwony)
- Czerwone/Zielone. Co to znaczy? Można jechać?
- Yeah /No!

Ostatnio Smyk zaskakuje mnie swoimi wypowiedziami:

-Jaki kolor?
- (Czerwony)
- A co to znaczy? Można jechać?
- No, no! No papa buma bama! (Nie wolno jechać bo się zderzymy z samochodami!)

Na dodatek jak tylko dostrzeże następne czerwone światło, natychmist woła, że mamy się zatrzymać. Już! Natychmiast!  "Ostrzega" mnie przy tym, że się zderzymy z innym samochodem. Muszę mu tłumaczyć, że zatrzymamy się jak już dojedziemy do tych świateł.

Do mojego dziecka dotarło ostatnio znaczenie słów zagrożenie i bać się
Zaobserwowałam u niego pewne fobie (o tym innym razem).

Jeśli chodzi o jazdę samochodem, to poza wcześniej opisanym strachem, że wjedziemy na skrzyżowanie na czerwonym świetne i dojdzie do kraksy, Hultajstwo boi się w jeszcze jednej sytuacji.

Kiedy skręcamy w lewo, a z naprzeciwka nadjeżdża jakiś samochód, Smyk strasznie panikuje. Nie ważne, że samochód jest daleko i żadną miarą nie może w nas wjechać, nie ważne, że mamy zieloną strzałkę, więc tamten samochód zwalnia już bo ma czerwone światło. Najgorzej jak ten samochód to ciężarówka, bo nawet jak jest daleko to wygląda na dużą i Smyk myśli, że jest tuż tuż.

I żeby nie było, że jestem jakimś piratem drogowym! 
Jeżdżę bardzo asekuracyjnie i spokojnie - mąż twierdz, że ZA spokojnie.


komentarze (6) | dodaj komentarz

Liczebniki i kształty

czwartek, 24 lipca 2008 20:08
Smyk powoli zaczyna rozumieć koncept liczebników. 
Staram się wykorzystać każdą okazję, żeby poćwiczyć ile to jest jeden, dwa, trzy, cztery i pięć (dalej wydaje mi się ciągle trochę za trudne dla  niego). 
Hultajstwo potrafi już pokazać paluszkiem jeden (używa do tego celu palca wskazującego). Trchę kłopotów sprawiało mu ustawienie paluszków, żeby pokazać dwa, więc przez jakiś czas ppokazywał... dwa palce wskazujące. Teraz już potrafi zgiąć i odgiąć odpowiednie paluszki, żeby wyszło 2. Z pokazaniem piątki też nie ma problemu - w końcu łatwo rozcapierzyć wszystkie paluszki, ale 3 i 4 wymagają pomocy mamusi.

Najlepiej ćwiczy nam się na cukierkach.

- Ile chcesz cukierków?
- This-a! (Tyle!) - i rozcapierza paluszki obu dłoni, co ma oznaczać DUŻO.
- Nie, tyle to za dużo, dam ci jednego. Pokaż ile to jest jeden.

I Smyk pokazuje, ale zaraz kręci główką i pokazuje 2 paluszki, bo chce dwa cukierki.

- Dobrze, dostaniesz dwa cukierki, ale po obiadku. I obiadek znika z talerza z prędkością światła. Grunt to odpowiednia motywacja!

Pokazujemy też na paluszkach ile jeszcze trzeba dni iść do pracy/przedszkola i ile potem dni Smyk spędzi w domu z mamą i tatą, ile pociągów Smyk poukładał na dywanie, ile książeczek zabrał do łazienki do czytania w czasie kąpieli,  ile kół ma lokomotywa etc.
Smyk bardzo lubi te zabawy i niesamowicie cieszy go jak dobrze odpowie. Usiłuje nawet powtarzać za mną liczebniki, i wychodzą mu wtedy różne śmieszności.

Smyk rozróżnia już też podstawowe kształty: kwadrat, koło, trójkąt a ostatnio zaskoczył mnie prawidłowo wskazując prostokąt, owal i sześciokąt. Częściowo nauczył się ich dzięki zabawce - sześcian z otworami do których dopasowuje się i wrzuca do środka klocki o odpowiednich kształtach. Zawsze mu wtedy mówiłam co to za kształt i w jakim jest kolorze. Kiedyś jego uwagę zwróciły wydruki programu do nauki matematyki, nad którymi pracowałam wtedy w pracy a do domu wzięłam to co miało pójść do kosza, żeby sobie Smyk porysował na odwrocie - taka forma recyklingu. No i te kwadraty, koła i trójkąty tak mu się spodobały, że potem musiałam mu je ciągle rysować.

A o kolorach będzie następnym razem.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Kolorowy płotek

środa, 23 lipca 2008 19:03
Uwielbiam malwy - są takie polskie! Pierwsze moje malwy tutaj zakwitły w zeszłym roku i wówczas prezentowałam kilka zdjęć (można je znaleźć w galerii kwiaty). W tym roku malwy rosną wzdłuż wjazdu do garażu i wyglądają jak płotek. Na razie są niemal wyłącznie różowe, ale pomiędzy nimi posadziłam już białe i kremowe, wysiane z nasion zebranych rok temu. Niestety nie mam żółtych, ale swego czasu widziałam je w jednym parku, więc może uda mi się tam zdobyć nasiona.



Niestety przegapiłam białe frezje, tzn. nie zrobiłam im zdjęć, ale za to udało się uwiecznić żółte - ze specjalną dedykacją dla Karri i Poziomki:



Tę panią już znacie, bo od kilku dni ozdabia bloga jako tło. Ma bardzo ładne różowo-żółte płatki i jest to jedna z róż, które dostałam na urodziny od męża dwa lata temu.



Nie znam nazwy tego kwiatka, ale liczę na waszą pomoc - wszak kilka z odwiedzających mnie osób wie o roślinkach o niebo więcej ode mnie. Sadzonkę dostałam od koleżanki, która pamiętała, że mi się te kwiaty u niej w ogródku bardzo podobały zeszłego lata.


28.07.2008: Zagadka rozwiązana! 
Trzej niezależni eksperci (Ania-Hrabina, Splocik i moja kuzynka), 
do których wiedzy mam duże zaufanie, 
potwierdzają, że ten kwiatek to KOSMOS. 
Dziękuję Wam!

A na koniec cynie. Kojarzą mi się z babcią, która zawsze sadzi je w swoim ogródku. Kiedyś nie pałałam do nich przesadną miłością, niedawno "odkryłam" ich urok i teraz zdobią i moją rabatkę.


komentarze (8) | dodaj komentarz

Ksyzyś sit pij maniu!

wtorek, 22 lipca 2008 22:03
Wczorajsza terapia Smykiem przyniosła spodziewane efekty. Dzisiaj załapałam się tylko na niecałą godzinkę pracy z szefem a to dzięki spotkaniu z wydawcą, na którym musiał być przed południem. 

Ale dzisiaj nie o tym będzie mowa.


Kamień spadł mi z serca ostatnio. Ulżyło mi. Bo Smyk w końcu zaczął mówić. 
No może słowo mówić to zbyt górnolotne określenie, ale zaczął czynić wysiłki w kierunku opanowania języka, a raczej języków, bo ma ich do opanowania dwa. 

Przyznam, że bardzo się już martwiłam, że Hultajstwo w zasadzie nie mówi, a najgorsze było to, że wszelkie próby zachęcenia go do powtarzania wyrazów, podejmowania jakiegokolwiek wysiłku spełzały na niczym. Ja wiem, że chłopcy zaczynają mówić później, na dodatek dzieci dwujęzyczne też mają pewien poślizg, ale... no właśnie ALE. Dwa i pół roku to już sporo jak na nie-mówienie.

Ale pobyt w Polsce musiał podziałać stymulująco na Smyka, bo nabrał ochoty do mówienia. Powtarza wyrazy sam z siebie, bez zachęcania, radośnie reaguje też na moje prośby o powtórzenie czegoś za mną.  Niemal każdego dnia pojawia się w jego słownictwie nowy wyraz. Hultajstwo mówi częściowo po polsku, częściowo po angielsku a częściowo po smykowemu.

badu (pająk), dadu (ciocia), baba, bine (drabina), buła (burza), krau (ptak), dudu (pociąg), maniu (woda), bwabwa (żaba) 

mok (smok), tak, pan, moje, pij, bank

sit, cookie, my, hi, bye, dane (ang. done) - używa jak już jest najedzony i nie chce więcej

Zaczyna też łączyć wyrazy w dłuższe wypowiedzi - często brzmi to bardzo zabawnie, więc mamy niezły ubaw, ale zawsze chwalę Smyka za to jak ładnie mówi zachęcam do dalszych prób.

Oto kilka wczorajszych perełek:

Ksyzyś sit pij maniu. (Krzyś siedzi  i pije wodę.)
Moje cookie. (Moje ciasteczko.)
My dudu. (Mola kolejka.)
Blau maniu (dosł. brudna woda czyli Coca-Cola)

komentarze (6) | dodaj komentarz

Lek na całe zło

poniedziałek, 21 lipca 2008 19:16
Czy ktoś pamięta słowa takiej piosenki: 

"Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok"

Moim lekiem na całe zło jest Hultajstwo. Dosłownie. Przykłady:

Lato w pełni, niestety bzykjące komarami. Paskudne insekty pokąsały mi nogi. 
Pokazuję czerwone rozdrapane placki Smykowi i wyjaśniam, dlaczego boli i swędzi.
Hultajstwo przynosi z lodówki lód i przykłada na zaczerwienienia.

Lato, więc upał. Wracam z zakupów, nogi lekko opuchnięte od ciepła. Siadam w fotelu i wyciągam nogi do góry. Hultajstwo już jest przy mnie, więc mu tłumaczę, że bolą mnie te opuchnięte nogi. Smyk dmucha na nogi całuje je.

Dzisiaj będę potrzebowała "okładu ze Smyka", a to za sprawą pracy i szefa - dawno nie byłam tak zmęczona psychicznie.
Mój szef prowadzi w tym tygodniu szkolenie na corocznej konferencji. 
Pierwsza sesja zaczyna się za 10 minut. 
Jeszcze 15 minut temu pomagałam mu przygotowywać jego prezentację oraz materiały dla uczestników sesji.

Konferencja odbywa się co roku i szef prowadzi szkolenie na ten sam temat od XX lat. (komentarz odpuszczam sobie)

Poza tym nie potrafi pracować pod presją czasu i wprowadza strasznie nerwową atmosferę, więc moja rola sprowadza się głównie do wyciszania go i uspakajania, zachowania spokoju i powstrzymania wybuchu. A że szef jest "pierwszy po Bogu" w firmie, więc pozwala sobie na wiele, i jego "wybuchy" mają siłę wybuchu wulkanu.

Moja praca dzisiaj sprowadzała się do pracy psychologa w pertraktacjach z oprychami trzymającymi zakładników. Szef przeklina, jakby życie całe spędził w rynsztoku, więc uszy mi spuchły od tej łaciny.

Podobno jak nikt radzę sobie w takich sytuacjach z moim szefem.

Ma to swoją cenę.

Jestem kompletnie wypompopwana. Bynajmniej nie składaniem do kupy materiałów szkoleniowych (na kopiowanie załapał się ktoś inny...).

Pożaliłam się wam a teraz idę na smykową terapię.



komentarze (7) | dodaj komentarz

Caraco Ajoure

sobota, 19 lipca 2008 6:34
Znany na forum robótkowym jako Słodziak.

Podobał mi się od zawsze, odkąd go tylko zobaczyłam pierwszy raz jakieś dwa lata temu.

W końcu zdecydowałam zmierzyć się z nim, chociaż wydawał mi się strasznie trudny do zrobienia.
Schematami i sugestiami posłużyła mi Tehah, pod koniec pomogła też 1kaja20, obie z gazetowego foto forum.

Na początku szło dobrze, choć wolno - mój słodziak jest z bardzo cieniukiej bawełny robionej na drutach 2 mm, więc na falbankę z tyłu musiałam nabrać 364 oczka!
Kiedy miałam zabrać się za karczek, dotarło do mnie, że jednak porwałam się z motyką na słońce.
Robótka poszła w kąt i leżakowała tam jakiś miesiąc. Kiedy moi panowie pojechali do Polski, wzięłam się ponownie za karczek.
Było prucie, kilka razy, ale udało mi się projekt sfinalizować:


Zużyłam niecałe 200 g bawełny Sunny z Taiga Yarns w kolorze Light Blue (425 m/100 g). Bawełnę kupowałam w internecie i na zdjęciu rzeczywiście była blado niebieska. Kiedy przesyłka dotarła do mnie, kolor okazał się zupełnie inny - bardzo intensywny, dający po oczach, ale wręcz idealnie pasujący do letnich upałów.
Co nie zmienia faktu, że wolałabym, żeby to był jednak jasno niebieski...
Muszę jeszcze dopracować sposób suszenia bluzki, żeby ładnie układała się falbanka bo na razie niezbyt ładnie to wygląda.
No i - nigdy więcej żadnych bluzeck czy swetrów z takim karczkiem!

W mojej galerii (tutaj) można obejrzeć zbliżenia splotów.

komentarze (13) | dodaj komentarz

Śmieciara

piątek, 18 lipca 2008 18:09
Zaraz za pociągami, śmieciara plasusje się na kolejnej  pozycji na liście ulubionych pojazdów Hultajstwa. 
Co piątek rano przejeżdża naszą ulicą i opróżnia pojemniki ze śmieciami. Najpierw jedzie jedną stroną ulicy, potem drugą. Przy każdym domu specjalny wysięgnik obejmuje pojemnik, podnosi go do góry, opróżnia i opuszcza na dół, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk tsss. Nieco później przyjeżdża inna śmieciara po recykling lub śmieci ogrodowe (na zmianę w jednym tygodniu recykling, w kolejnym ogrodowe).

Zimą czatujemy przy kuchennym oknie. Latem otwieramy wejściowe drzwi a jak jest bardzo ciepło to siadamy na schodku i czekamy. Na zwykłą śmieciarę zawsze się załapujemy przed wyjazdem do przedszkola/pracy. Czasami mamy też szczęście do tej drugiej.

Jak widać - piątek to dzień szczególny dla Smyka.

Wczoraj popołudniu Smyk dorwał się do jednej z szafek kuchennych. Powyciągał szelkie roboty kuchenne, a nawet nie używany dzbanek bezprzewodowy aż w końcu dotarł do zakamuflowanej na samym końcu szafki sokowirówki. Bardzo zaintrygował go pojemnik na odsączone po odwirowaniu odpady, który nie stanowi integralnej części sokowirówki, a jest dostawiany pod wylot.

Wytłumaczyłam dziecku co to jest i do czego służy. W małej acz rezolutnej główce Smyka informacje zostały przetworzone: odpady, wyrzucać, śmieci itd.

W pewnym momencie widzę, że z pojemnikiem o którym mowa zmierza do drzwi wyjściowych. 

Otwieramy drzwi i wychodzimy na zewnątrz. Hultajstwo zdecydowanie idzie w stronę ulicy, ja za nim, ciekawa co tym razem wymyślił. Podchodzi do samej ulicy i pieczołowicie umieszcza pojemnik przy samym krawężniku tuż obok wybetonowanego dróżki do garażu i zaczyna mi coś tłumaczyć.

Przyznam, że dopiero po jakiś 15 minutach załapałam o co chodzi w tym podnoszeniu rączek do góry i wydawaniu dźwięku tsss i to dopiero jak padły słowa: Blau - papa! (blau to po smykowemu wszystko co brudne).

Moje dziecko po prostu wystawiło pojemnik przed dom, żeby śmieciara zabrała śmieci!.

A potem czekaliśmy dość długo aż przyjedzie, aż w końcu udało mi się  przekonać dziecko, że śmieciara przyjedzie dnia następnego i wtedy zobaczymy jak zabiera śmieci. Jednak nie pozwolił ruszyć z miejsca swojego pojemnika.

Razem wystawiliśmy jeszcze pojemniki ze śmieciami i recyklingiem a wieczorem zabrałam pojemnik sokowirówki do domu tak, żeby Smyk tego nie widział.

Dzisiaj rano obserwowaliśmy jak nasze śmieci znikajł w otchłani śmieciarki.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Porzeczki

czwartek, 17 lipca 2008 18:16
W ogródku mamy mały maliniak - Hultajstwo uwielbia zajadać malinki prosto z krzaka. 
A że mamy kilka gatunków, więc musi spamiętać które może zrywać a których nie, ponieważ różne gatunki nadają się do zjedzenia mając inny kolor (mamy też białe, albo raczej żółte maliny). O jeżynie nie wspominając.

Kiedy zabraknie malin, co zdarza się często, bo Smyk ma spory apetyt i dość pojemny brzuszek, udajemy się przed dom, gdzie nasi poprzednicy posadzili czerwoną porzeczkę.
Zrywam pełną miseczkę porzeczek, opłukuję wodą, siadamy na schodku przed domem i zajadamy. 

Początkowo Smyk odrywał każdą kuleczkę i wsadzał do buzi, postanowiłam więc nauczyć go jak można szybciej zaspokoić swoje łakomstwo.

Trochę było przy tym śmiechu bo jak Mały wsadził do buzi całą kiść porzeczek to tak mocno zaciskał zęby, że odgryzał to co wystawało na zewnątrz, ale szybko nauczył się, że musi rozchylić lekko zęby i wtedy można wyciągnąć ogonek a kuleczki zostają w buzi.

Mały leniuszek wykoncypował, że najlepiej będzie jak to mama będzie mu wkładała kiście do buzi i pociągała za ogonek, a jemu pozostanie tylko spałaszować owoce.

Tak więc siedzimy sobie na tym schodku, w miłym popołudniowym cieniu i zajadamy się porzeczkami... 

komentarze (6) | dodaj komentarz

Czerwona Lilia

środa, 16 lipca 2008 0:17

W ogródku lipcowo - kolorowo.

Oto piękna czerwona lilia. Posadziłam ją w tym roku. Będąc w sklepie nie mogłam się oprzeć pokusie i kupiłam dwie cebulki, chociaż w moim ogródku lilie nie bardzo się udają. W pierwszym roku kwitną a w następnym znikają.

 

 Uwielbiam Orliki - przypominają mi dzeciństwo. Tutaj na tle kalifornijskich maków (California Poppy) - to te żółte z prawej strony.

A tę różowość wszyscy znają. Bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam cebulki frezji w sklepie, bo dla mnie to był zawsze kwiat szklarniowy. Ale 2 dolary to nie majątek, więc kupiłam, posadziłam a teraz cieszę oczy widokiem różowych, białych  i żółtych wonnych piękności i zastanawiam się przy tym czy je należy wykopać na zimę. Obawiam się, że mogą nie przetrwać nawet takiej łagodnej zimy jaką tutaj mamy. 

komentarze (7) | dodaj komentarz

Jak pojechaliśmy z modemem do naprawy

wtorek, 15 lipca 2008 18:52

Zapomniałam wczoraj napisać jak to było z naszą wyprawą do punktu Clear We're (dostawca internetu).

Kiedy dojeżdzaliśmy już do punktu obsługi klienta wystąpiły zakłócenia w komunikacji na linii Smyk - mama.
Hultajstwo potrafi powiedzieć już dość sporo, ale nie na tyle, żeby bez wysiłku umysłowego interlokutora jasno wyrazić o co mu chodzi. A stara się wyrazić coraz bardziej skomplikowane koncepty, więc trzeba się nieraz nieźle napocić, żeby wpaść na to o co mu chodzi. Moje zwoje mózgowe najwidoczniej nie pracowały dość sprawnie w danym momencie no i Dziecko się sfrustrowało.

Efekt był taki, że wysiedliśmy z samochodu z wrzaskiem dającym nieźle po uszach.

Przez przeszkloną ścianę biura dojrzałam wyraz twarzy pana, który miał nas za chwilę obsługiwać (poza nim nikogo w środku nie było.) 
Pełen przerażenia wyraz mówił mniej więcej: Nic gorszego nie mogło mi się przytrafić w poniedziałkowy poranek niż babsko z tym rozdartym bachorem!

Zanim weszliśmy do środka Smyk uspokoił się całkowicie, więc bez problemu wyjaśniłam panu, że jestem ich klientką od ponad dwóch lat a w piątek wieczorem ich modem przestał działać. Najpierw pan stwierdził, że sam musi sprawdzić, czy rzeczywiście modem nie działa.

W tym momencie Smyk dostrzegł dystrybutorek z cukierkami, wskazał go paluszkiem i powiedział tylko jedno słowo Koniu! (Cukierki!).

Słysząc to pan podskoczył jakby mu rozżażone węgle do pięt ktoś przystawił i nie czekając na ponowny wybuch mojego dziecka (który chwilowo nie groził bo już wrzucałam ćwierćdolarówkę i szczęśliwe Hultajstwo wpychał do buzi cukierki) szybciutko stwierdził, że da nam nowy modem, wręczył nam fabrycznie zapakowany sprzęt i zapewne wypchnąłby nas za drzwi, gdyby nie obawiał się kontaktu fizycznego z "odrażającym" dwuipółlatkiem.

Pan ewidentnie brzydzi się dzieci.

Jeszcze nigdy i nigdzie moja reklamacja nie została załatwiona tak szybko i tak bezproblemowo.

Dzięki Ci Hultajstwo za wyczucie chwili...

komentarze (6) | dodaj komentarz

Chróbska

poniedziałek, 14 lipca 2008 22:22

U Smyka w przedszkolu panoszy się ospa.

Pogodziłam się z myślą,że to tylko kwestia czasu kiedy Hultajstwo dostanie wysypki. Kiedy więc w piątek Smyk najpierw stracił apetyt a potem zaczął gorączkować, czekałam już na wysypkę i drapanie.

Ale się nie doczekałam.

Za to dziecko dostało biegunki i skarżyło się coraz bardziej na ból brzucha, i w niedzielę rano wylądowaliśmy u lekarza (gdzie w poczekalni Mały pokazowo zwymiotował na podłogę - dobrze, że tam dywanów nie ma).

Zamiast oczekiwanej ospy mamy nieoczekiwany wirusowy nieżyt żołądka. Coś takiego jak zimą, ale teraz już wiem, żeby nie dawać dziecku mleka bo to dodatkowo podrażnia żołądek.

Zamiat planowanego wyjazdu nad jezioro odwiedziliśmy przychodnię, a dzisiaj zamiast w pracy i przedszkolu, spędzamy czas w domu.

Jakby tego było mało, w piątek zepsuł się nam modem, więc dodatkowo zostaliśmy odcięci od świata.

Dzisiaj z zapasem pieluch, myjek i ubraniem na przebranie pojechałam w sprawie modemu i mam już nowy, jak widać działający.

Hultajstwo też już ma się lepiej - zaczyna jeść i przestał dostarczać prania w ilościach hurtowych.

Czyli, że jutro wszystko wraca do ustalonego rytmu: mama do pracy, Hultajstwo do przedszkola.

 

Wczoraj, kiedy to Smyk nawet pić nie bardzo chciał, zrobiłam mu lody z soku. W pewnym momencie pytam "A chcesz loda? Na pewno pomoże Ci na bolący brzuszek." Hultajstwo idzie do kuchni, otwiera zamrażalnik, i wraca do pokoju z kostką lodu w ręce, którą zaczyna przykładać sobie do brzuszka. No bo przecież wiadomo, że jak coś boli to sięprzykłada lód, prawda???

komentarze (5) | dodaj komentarz

Stoi na stacji lokomotywa...

czwartek, 10 lipca 2008 20:59
Dzisiejszy wpis to w pewnym sensie kontynuacja wpisu wczorajszego, a także konsekwencja fascynacji Smyka pociągami.

Od kiedy zrobiłam Hultajstwu sweterek z misiem, każdą robótkę w moich rękach Smyk traktował jako kolejny sweterek dla siebie. A na moje pytanie z czym chciałby, żebym mu zrobiła sweterek, niezmiennie  otrzymywałam odpowiedź... No jaką? Kto zgadnie? Tak! Prawidłowa odpowiedź brzmi Du duuu!

Kiedy więc Smyk broił u babci w Polsce, mama wydziergała dla pociechy sweterek z wiadomym motywem:



Włóczka to jakiś akryl (brak etykiety), około 200 gram (sporo mi zostało) oraz śladowe ilości włóczki w kolorach czerwonym, żółtym, zielonym i niebieskim. Włóczka dość gruba (druty US 5 i 6 = 3,75 i 4,25 mm), więc wrabiało się fatalnie i nie wyszło zbyt ładnie co niestety widać:



Żeby zamknąć całość, mankiety, ściągacze oraz plisę wokół szyi zrobiłam z włóczki użytej we wzorze lokomotywy, ściegiem francuskim. Wprawdzie trochę mi to zalatuje latami siedemdziesiątymi, ale wydaje mi się, że tak lepiej wygląda.  

Więcej zdjęć można zobaczyć w mojej galerii tutaj.

Przy robieniu tego sweterka skorzystałam z rad Justyny, autorki bloga Stowarzyszenie Anonimowych Włóczkoholików, jak zrobić rękawy wrabiane od góry, kiedy robimy swter z wykrojem pach (a nie na prosto, bez wykroju). Dokładny opis jak to zrobić Justyna zamieściła na  moją prośbę tutaj. 
Góra rękawów wyszła mi trochę bufiasto, ale po dwukrotnym upraniu nieco się uleżało - jednak muszę jeszcze dopracować tę technikę, ale to przy następnym sweterku.

Następnego dnia po powrocie Smyka do domu postanowiłam sprawdzić, czy dobrze wycyrklowałam z rozmiarem. Podczas dziergaia sweter wydawał się taki duży (wzorowałam się na rozmiarze na 4 lata) a okazało się, że aż tak bardzo ZA duży nie jest. Wiele się wyjaśniło po zmierzeniu Hultajstwa - po prostu urósł od wiosny 7 cm!

Dobrze, że tego dnia akurat było chłodno, bo Smyk odmówił ściągnięcia swetra, a po wyjściu na plac zabaw dość mocno obawiałam się, że swetra nie dopiorę. Udało się, co widać na zdjęciach jako, że sesja fotograficzna odbyła się kilka dni później.

Du duu!

komentarze (8) | dodaj komentarz

Du duuu!!!! Ciuf ciuf ... ciuf ciuf... ciuf ciuf ...

środa, 09 lipca 2008 18:13
Smyk przechodzi aktualnie okres fascynacji pociągami. 
Na szczęście nie tylko Thomasami, które są dość drogie - każdy pociąg, każda lokomotywa to dla Smyka skarb największy, którego broni z poświęceniem godnym lepszej sprawy. 
Tylko mama i tata są godni ich dotkąć. 
Każda inna osoba nie może się nawet do nich zbliżyć, co jak łatwo się domyślić stanowi powód łez i awantur wśród kolegów Hultajstwa. 

W naszym domu mamy obecnie niezłą parowozownię: są dwie sympatyczne lokomotywy z serii Thomas (Thomas oraz Percy), jest lokomotywa, która gra a po naciśnięciu na komin jedzie (kupiona na yard sale za 25 centów), jest kolejka z Ikei (lokomotywa plus 3 wagoniki), drewniany pociąg (lokomotywa plus 2 wagoniki) na zasadzie klocków - można dowolnie kombinować z układem klocków w wagonikach, oraz bardzo wiekowa już lokomotywa, którą mama mojej koleżanki z pracy wygrzebała z dna jakiejś szafy, a która zapewne kiedyś cieszyła oko jednego z jej dorosłych już dzieci. Lokomotywa również rozkłada się na części składowe.
O małej plastikowej ciuchci do kąpieli chyba już nawet nie warto wspominać...

Hultajstwo najbardziej cieszy kiedy poukłada te wszystkie zabawki wokół siebie, ewentualnie usiłuje przewozić większe na mniejszych. Kolejka z Ikei ma też tory, które układa się w ósemkę, więc skład pędzi po nich przy akompaniamencie w wydaniu Smyka: du duuu!

W drodze do przedszkola przejeżdżamy nad torami kolejowymi. Czasami stoją tam na bocznicy składy kolejowe ku radości Hultajstwa.
Ale apogeum szczęścia nastąpiło, kiedy będąc w Polsce, dziecko zostało zabrane na przejażdżkę prawdziwym pociągiem.
Tylko potem nie chciało opuścić dworca kolejowego...

komentarze (7) | dodaj komentarz

Horton & Bam! Bam!

wtorek, 08 lipca 2008 18:35
Jak się ma kilka miesięcy, albo nawet i kilka lat, to wiele rzeczy robi się po raz pierwszy w swoim życiu.
Smyk zaliczył już wprawdzie sporo tych pierwszych razów w różnych kategoriach, ale i wiele jeszcze przed nim.

W miniony weekend zaliczył ten pierwszy raz w dziedzinie kinematografii - zabrałam Smyka do kina na film Horton słyszy Ktosia.
Najpierw uprzedziłam Małego, że kino to takie miejsce, gdzie jest ciemno i jest taki bardzo duży telewizor, i że tam pojedziemy obejrzeć bajkę. 
Hultajstwo wie co to telewizor a i pojęcie duży nie jest mu obce, ale wielkość ekranu chyba przerosła jego wyobraźnię - mimo, że film ten puszczali w samolocie (kiedy to Smyk nie był nim zupełnie zainteresowany) przez godzinę siedział mi na kolanach zupełnie bez ruchu i co jakiś czas sprawdzałam, czy moje dziecko nie zasnęło. Ale nie! Po prostu nie mógł oderwać wzroku od ekranu.

Do kina wybraliśmy się dość późną, wieczorową porą, ale wiadomo było, że tego dnia (4 lipca) nie pójdziemy spać o tej porze co zazwyczaj - na naszej ulicy, jak i w całym mieście, stanie, kraju, cały dzień trwała nieprzerwana kanonada a punkt kulminacyjny nastąpił około godziny 22.00. Na ulicę wylegli wszyscy okoliczni mieszkańcy aby podziwiać fajerwerki a Smyk się przestraszył i salwował się ucieczką najpierw w ramiona mamusi a potem z tatą do domu. Do dzisiaj przeżywa jak to było strasznie głośno, robi wielkie oczy i woła głosem pełnym grozy Bam! Bam! Bam! wskazując przy tym na ulicę...

komentarze (4) | dodaj komentarz

Polarkowe Stworki

poniedziałek, 07 lipca 2008 19:20
Będąc w Polsce, Smyk został obsypany deszczem prezentów.
To chyba nie zaskoczyło nikogo.
Nie będę zadręczać szanownych czytelników szczegółową listą otrzymanych podarunków, pokażę natomiast prezent,który szczególnie mnie ujął za sercę.

Hultajstwo otrzymał zrobione własnoręcznie przez internetową ciotkę Karri Angel takie oto polarkowe stworki:



Mże nie widać tego na zdjęciu, ale pingwinek i żółw - to pacynki na paluszki. Smykowi najbardziej spodobała się środkowa przytulanka, którą natychmiast okeślił jako MIAŁ, poczym przeszedł do lekcji anatomii, tzn. pokazywał wszystkie części kociego ciała a potem pokazywał własny odpowiednik. 

Przy uszkach stwierdził, że są brudne, więc razem je wyczyściliśmy patyczkami. 

Przy pazurkach pokazał, że mogą podrapać, więc Go zapewniłam, że są obcięte, więc nie zrobią mu krzywdy. 

Z tyłu Kociak ma naszyte serduszko, więc musiałam Hultajstwu wyjaśnić, że jego serduszko mieści się gdzie indziej. Teraz Smyk z upodobaniem pokazuje gdzie ma serduszko, do tego zazwyczaj dołącza brzuszek i głowę.

Pewnego dnia tata stwierdził "Oj Bobas, Tobie to tylko misie w głowie!" i teraz ile razy Smyk wskazuje swoją głowę, obwieszcza wszemi wobec "Miś!", czyli, że ma misie w głowie.

Kotek szybko zdetronizował pieska, którego Smyk zawsze zabierał do przedszkola, i teraz to polarek towarzyszy Hultajstwu w zabawach i podczas drzemki tamże.


Jak pies z kotem, czyli polarkowy kotek i zdetronizowany piesek.

Polarki, mimo akcji dywersyjnej Poczty Polskiej (strajku) dotarły na czas - dosłownie na kilka godzin przed wyjazdem Smyka.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Czerwiec zakwitł w ogródku

czwartek, 03 lipca 2008 22:19
Wiem, że to już lipiec, ale zdjęcia zrobiłam w niedzielę a to jeszcze był czerwiec.
A na rabatce goździki i dzwonki ogrodowe (Campanula Medium) tutaj zwane Cantenbury Bells.






komentarze (5) | dodaj komentarz

Walizka

środa, 02 lipca 2008 20:00
U babci było Smykowi jak u Pana Boga za piecem - wszystkie zachcianki były spełniane w mgnieniu oka, a na dodatek babcia mężnie broniła wnuka przed wszystkim i wszystkimi, tak, że nawet nie można było na niego krzywo spojrzeć.

Wszystko ma jednak swój koniec, rozpieszczanie także.

Nadszedł czas pakowania manatków i powrotu do domu:






komentarze (5) | dodaj komentarz

Kibic

wtorek, 01 lipca 2008 20:15
Chłopaki dotarły do domu w całości i już się nawet przestawili na lokalny czas (różnica w stosunku do Polski wynosi 9 godzin - o tyle jesteśmy do tyłu).

Tak jak się domyślałam, babcia przejęła wszelkie funkcje opiekuńcze, tak że ja nie wiem skąd się wzięło to narzekanie męża - pewnie, żebym mu za bardzo nie zazdrościła jak to mu dobrze na wakacjach!

Babcia zajmowała się wnukiem, a tata oglądał sobie Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Nawet zakupił odpowiednie akcesoria kibica, które szalenie przypadły do gustu Hultajstwu:


Hultajstwo w czapce kibica (z lewej strony widać kawałek piłki wkomponowanej w nakrycie głowy)

Smyk przeszedł gruntowne przeszkolenie w zakresie wszelakich wierszyków, ale jak to w życiu bywa sam, ot tak od niechcenia, podłapał kilka rzeczy, których wcale sobie nie życzyłam.

Zaraz pierwszego dnia po powrocie przyszedł do kuchni z kredką w dłoni, ale nie tak jak do rysowannia. O nie! Fachowo trzymał kredkę między palcami wskazującym i środkowym i co jakiś czas przykładał sobie kredkę do ust a potem wydmuchiwał wyimaginowany dym paierosowy. Przechadzał się przy  tym po kuchni w tak charakterystyczny sposób, jakby brat męża spacerował przede mną a nie moje własne dziecko.

komentarze (7) | dodaj komentarz

Rdzawy rozpinany

poniedziałek, 30 czerwca 2008 6:53

Nadszedł czas, aby podsumować dokonania robótkowe w czasie moich minionych wakacji.

Niestety z powodu rozlicznych innych zajęć nie udało mi się zbyt wiele wydziergać, ale druty nie leżały bezczynnie.

 

Zrobiłam sobie jeszcze jeden rozpinany sweterek z bawełnianej szenili (o tym jak ją kupiłam, pisałam tutaj). Wzór jest szalenie prosty: 4 oczka prawe, jedno lewe. Wykończenie - w warkocze.

Swterek był już chodzony i prany.

 

Jak widać na zdjęciu, dorobiłam się popiersia, bo niestety manekin to nie jest, a jedynie wytłoczone w plastiku popiersie.

 

 

Zawsze byłam ciekawa ile czasu zajmuje zrobienie swetra. Często jestem o to pytana i w zasadzie nie potrafię dokładnie odpowiedzieć na tego typu pytania. Dziergając ten sweterek zapisywałam sobie ile czasu na to poświęciłam i wyszło mi, że z przyszywaniem guzików i zszywaniem ok. 30 godzin.

 

komentarze (7) | dodaj komentarz

Relacja specjalna z lotniska w Waszyngtonie

środa, 25 czerwca 2008 22:11
Smyk z tatą szczęśliwie dotarli już na wschodnie wybrzeże, pomimo, że pani w Krakowie twierdziła, że Smyk nie ma biletu z Waszyngtonu do Portlandu. Wyjaśnienia trwały godzinę, ale przyniosły porządany skutek (potwierdzony przed chwilą w punkcie obsługi klienta już na amerykańskim lądzie.)

Teraz chłopaki zabijają czas - czyli muszą jakoś przetrwać te 5 godzin do ostatniego skoku przez Amerykę.
Dzwonią więc do mamy.
Na komórce wyświetla się, że dzwoni mąż. Odbieram i słyszę:

(głos męża)
(głos Smyka)

Siała baba... MAK!
Nie wiedziała... JAK!
Dziadek wiedział, 
Nie powiedział 
A to było...???.... 
No powiedz mamie 
A to było .... tak!
NO! (nie)

I w tym momencie dziecko przypomniało sobie, że ma mamę! 
Bo przez ostatnie 3 tygodnie zupełnie o tym nie pamiętało a słowo mama nie skalało jego ust. 
Teraz to nadrabia. Podobno wskazuje przez szybę na samoloty na lotnisku i oświadcza Mama! Tu! Tylko nie do końca wiem o co mu chodzi. 
Jak mu tata mówi "Zaraz polecimy samolotem do mamy", to uparcie powtarza Mama! Tu!, więc to chyba ja mam do niego przylecieć...



komentarze (6) | dodaj komentarz

22, 23 & 24/2008

środa, 25 czerwca 2008 19:09
W czasie tych moich "wakacji", które właśnie dobiegły końca (po pracy jadę na lotnisko po Smyka i męża), przeczytałam kobyłę (jakby nie było prawie tysiąc stron):

Anna Karenina (Lew Tołstoj)

To z własnej półki, natomiast pożyczone od koleżanki to:

Zespoły Napięć (Janusz L. Wiśniewski)
Ależ ten facet pisze! Potrafi poruszyć najgłębsze pokłady uczuć - płakałam po większości opowiadań...

oraz

Podanie o Miłość (Katarzyna Grochola)
Tak mi się wydawało, że już kiedyś czytałam, ale pewność dało mi opowidanie o chłopczyku, który tak bardzo chciał zobaczyć drugi brzeg morza bo... (ci co czytali wiedzą dlaczego, a reszcie nie będę przecież zdradzała treści opowidania.) To jedno opowiadanie z całego tomiku utkwiło mi w pamięci.

Zdecydowanie polecam przeczytać najpierw opowidania Grocholi a potem Wiśniewskiego, ponieważ w odwrotnej kolejności czytanie Podania o Miłość nie sprawia już takiej przyjemności.


komentarze (6) | dodaj komentarz

Filmowe Wakacje

poniedziałek, 23 czerwca 2008 1:12
Korzystając z nieobecności rodziny, czyli wolna od codziennych obowiązków domowych, postanowiłam nadrobić zaległości filmowe. Ponieważ nie potrafię i nie znoszę pisać recenzji, zamiast tego zamieszczam link do zwiastunów filmów (chciałam wkleić każdy zwiastun, ale komputer odmawia mi dzisiaj współpracy).

Zwiastuny można obejrzeć tutaj: KLIK

A oto co udało mi się obejrzeć w kinie w czasie tych moich wakacji:

La Misma Luna (Under the same moon) (Cineart czyli kino artystyczne)
Niestety nie udało mi się znaleźć polskiego tytułu. Piękna, szalenie wzruszająca historia, na której zużyłam wszyskie chusteczki higieniczne, które miałam przy sobie (a zawsze  mam ich spory zapas). Jeżeli ktoś będzie miał okazję obejrzeć ten film to gorąco polecam. Zdecydowanie jest to najpiękniejszy ze wszystkich eobjrzanych przeze mnie ostatnio filmów.

Meet the Browns
Bardzo zabawna komedia, na której  ubawiłam się do łez (dosłownie). Sporo kłopotów życiowych i problemów, miłość po drodze a wszystko dobrze się kończy. 

Chłopaki nie płaczą (Forgetting Sarah Marshall)
Kolejna komedia. Tutaj to już śmiałam się na głos, nie ja jedna z resztą.

Married Life (Cineart czyli kino artystyczne)
Dla miłośników Pierca Brosnana. Pełna uroku komedia osadzona w latach czterdziestych, humor zupełnie inny niż w pozostałych, bardziej wspólczesnych komediach, które ostatnio widziałam.

Co się zdarzyło w Las Vegas (What happens in Vegas stays in Vegas)
Zwariowana komedia, a Ashton Kutcher przeuroczy.

Zapomniane Królestwo (Forbidden Kingdom)
Nie tylko dla miłośników Kung Fu. Uwielbiam filmy Jackie Chana - ten, także pełen humoru.

Harold and Kumar Escape from Guantanamo Bay
Harold i Kumar wybierają się do Amsterdamu. Kumar nie może obyć się bez marihuany nawet pokładzie samolotu. A co z tego wyniknie? Tytuł co nieco wyjaśnia...

10.000 BC
Taka sobie bajeczka.


Mój mąż maniakalnie kupuje filmy na DVD. Troszkę go rozumiem, bo ja mam podobnie z włóczką... Potem te filmy ogląda głównie po nocach, kiedy Smyk już śpi. Ja od jakiegoś czasu staram się nie zarywać już nocy, bo i bez nocnych seansów filmowych jestem permanentnie niewyspana, więc wielu filmów z naszej domowej kolekcji nie widziałam. Ostatnio nadrobiłam i te zaległości:

Apocalypto
Tajemnicza cywilizacja Majów...

Wszystko za życie (Into the Wild)
Do końca nie wierzyłam, że tak to się skończyło, dopiero końcowe adnotacje mi to łzawo uświadomiły...

Stąd do wieczności (From Here to Eternity)
Stary, czarno-biały film (1953) z Frankiem Sinatrą, kiedyś czytałam książkę Jamesa Jonesa, a film dostał 8 Oskarów.
Ten film to akurat ja sobie kupiłam pamiętając książkę.

Inwazja (The Invasion)
Lubię Nicole Kidman, ale zawsze jak ją widzę to wpadam w straszne kompleksy i postanawiam w końcu schudnąć...

Bezprawie (Open Range) 
Dziki zachód dawno temu i Kevin Costner.

Wyznania Gejszy (Memoirs of a Geisha)
Dawno temu czytałam książkę, teraz obejrzałam film (który z resztą nie podobał się mężowi...).

Przeczucie (Premonition)
Na koniec zaserwowałam sobie film, który widziałam już dwukrotnie, ale bardzo mi się podoba, nie tylko dlatego, że gra w nim Sandra Bullock - po prostu lubię takie filmy.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wspomnienie

środa, 18 czerwca 2008 19:59
To mama nauczyła mnie robić na drutach.
Na zdjęciu - moja mama z dowodem rzeczowym w dłoniach. Dwa pozostałe dowody na latoroślach obok: mój młodszy brat w czerwonym sweterku wydzierganym przez mamę oraz ja, także w sweterku mamy produkcji.
Zdjęcie zrobione u babci, rok 1980, może 1981, niestety nie ma adnotacji na odwrocie.


komentarze (11) | dodaj komentarz

Cisza

piątek, 13 czerwca 2008 17:51
Osoby często tu zaglądające zapewniam, że nic mi nie jest, wypoczywam sobie spokojnie pozbawiona obecności moich panów, a brak nowych wpisów spowodowany jest nieobecnością Smyka - głównego dostarczyciela tematów na tym blogu. Tata jakoś nie jest skory do opisywania wyczynów Hultajstwa w ojczyźnie rodziców i tylko narzeka jak to jest mu ciężko.
Nie widzę też powodu, żeby zanudzać Was relacjami z postępów sprzątania domu czy też co ja dzisiaj jadłam na obiad, bo poza mną nikogo to przecież nie interesuje.
Chłopaki wracają 25 czerwca, a ja biorę kilka dni wolnego do końca miesiąca, więc życie wróci na bloga w początkach lipca.

komentarze (12) | dodaj komentarz

Kotki

wtorek, 10 czerwca 2008 22:23
A małe kocie brzdące nadal czekają, aż je ktoś przygarnie:


komentarze (3) | dodaj komentarz

Nóż się w kieszeni otwiera!

poniedziałek, 09 czerwca 2008 21:43

Wierzcie, lub nie, ale przed chwilą dzwoniłam do linii lotniczych po raz kolejny - piąty!

Dzisiaj tak z głupia frant sprawdziłam sobie bilety chłopaków w internecie i okazało się, że z Monachium do stanów lecą dwoma różnymi lotami. 

A miało to już być poprawione ponad tydzień temu.

Tak mnie zapewniano.

Kolejna godzina zmarnowana.

Tym razem przysłali mi nowy bilet pocztą elektroniczna w ciągu 2 minut po porawieniu w swoim systemie (ale i tak wisiałam na słuchawce prawie godzinę). Tempo, w jakim przysłali mi maila to do tej pory jedyna poprawa w kwestii obsługi klienta z ich strony.

komentarze (10) | dodaj komentarz

Oddam w dobre ręce

piątek, 06 czerwca 2008 21:03
Kilka malutkich, puszystych, ślicznych kociaczków szuka nowego domu. 
Więcej 

!!!!!!!!!!!!

Kotki to podopieczni znanej Wam z komentarzy 
Ciotki Pleciugi Pleciugowskiej, autorki blogów: 
Bajdurki (link tutaj 
Kici, kici - czyli o kotach... (link tutaj )

komentarze (5) | dodaj komentarz

Skakanka

czwartek, 05 czerwca 2008 22:50
Porządkując szafy znalazłam skakankę.

Napłynęły wspomnienia z dzieciństwa.

W wieku 5-7 lat skakałam z mamą na skakance. 
Która więcej, dłużej, do skuchy (tak to się chyba nazywa).

Moja mama miała niezłą kondycję, przeskakiwała po kilkaset razy! 
Ja nie byłam dużo gorsza, w przeciwieństwie do teraz.

Wyszłam ze skakanką na taras.
Wymiękłam po 50 podskokach...

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wyrodna Matka

środa, 04 czerwca 2008 17:28
To ja. Chyba. Coś tak mi się zdaje.

Bo od czasu łez rozstania  na lotnisku nie płaczę, nie smucę, nie rozpamiętuję.

Na dodatek cieszę  się niezmiernie z chwilowej samotności i świętego spokoju, z tego, że nic nie muszę a wszystko mogę.
W zasadzie to ja mam właśnie teraz wakacje, taki mały urlopik.

Prawie.

Nie jestem już podfruwajką i potrafię korzystać z danej mi wolności.

Tak więc nie robię cały dzień na drutach, ani nie czytam całymi nocami (choć to bardzo kuszące), trochę drutuję, trochę czytam.
Zaczęłam Annę Kareninę bo to przecież opasłe dwa tomy, więc potrzeba troszkę więcej czasu na przeczytanie.

Chodzę grzecznie spać ok. 22-ej i śpię bardzo dobrze (żadnych łez) twardym, mocnym snem bez wstawania "na żądanie" (kakao, picie, mokra pielucha, etc).

Dom zaczyna przypominać siedzibę ludzką. Robię takie porządki jakie zazwyczaj robi się na święta, z myciem okien, lamp, praniem firan etc. Przy okazji robię ostrą selekcję rzeczy - sporo tego co zalegało po szafach powędrowało  na śmietnik lub do kartonu, który mam zamiar wywieźć do jakiegoś Goodwila czy innego sklepu tego typu (taki sklep, gdzie ludzie oddają niepotrzebne  im rzeczy, które są następnie sprzedawane a pieniądze w ten sposób uzyskane idą na cele dobroczynne.)

A dzisiaj wybieram się do kina.
Jest u nas takie jedno kino, które puszcza filmy z pewnym poślizgiem - nowości tam nie uświadczysz! Ale za to cena najdroższego biletu to 2 dolary, a ja mam w planach przynajmniej 5 seansów (niekoniecznie dzisiaj!) Dla osoby, która w kinie nie była od trzech lat nie ma znaczenia czy zobaczy film,  który wszedł na ekrany wczoraj, czy 4 miesiące temu, prawda?
W planach mam jeszcze wizytę w księgarni. Obłożę się książkami i zatopię w jendym z tych wygodnych foteli, które tylko czekają między regałami z książkami, żeby je powgniatać przez kilka godzin popijając gorącą czekoladę.

Do Polski będę dzwonić dopiero w sobotę, tak się umówiłam z mężem.

Jednym słowem - wyrodna matka!

komentarze (14) | dodaj komentarz

Lecą

wtorek, 03 czerwca 2008 5:47

Wtałam dzisiaj o szóstej rano (u mnie nadal jeszcze jest poniedziałek), żeby zadzwonić do linii lotniczych i okazało się, że mimo że na stronie internetowej na bilecie męża brakuje nadal dwóch połączeń, to są one w systemie informatycznym linii United.

Dużo spokojniej wyjechaliśmy na lotnisko, a mamy dość daleko, bo prawie 200 km.

 

Na lotnisku gruntownie przetestowaliśmy pracę schodów ruchomych. Woziliśmy się nimi ze Smykiem (z mężem na zmianę) chyba ze 20 razy.

 

W chwili, kiedy piszę, moje chłopaki lecą już do Polski. Planowo mieli wylecieć godzinę temu, ale jeszcze przed startem wiadomo już było, że mają opóźnienie. Ale mam nadzieję, że jednak lecą.

Z Portland do Chicago dotarli bez przeszkód. Smyk najpierw spał, po przebudzeniu trochę pomarudził a potem rozbrykał się na dobre w swoim stylu i tak zleciały im te 4 godziny.

 

Jak żegnałam się z zupełnie nieświadomym długości rozstania z mamą Smykiem, to było mi bardziej niż markotno. Jeszcze chwilę trzymałam się jako tako, ale kiedy tylko moje Dziecię zniknęło mi z oczu za ostatnimi bramkami to pobeczałam się ... dokładnie tak samo jak Hultajstwo, kiedy odmówi mu się cukierków...

 

W celu ukojenia nieco żalu, udałam się do pobliskiej IKEI i po półtorej godzinie dreptania i oglądania na spokojnie wszystkiego co tam mają, ból nóg odwrócił w pewnym stopniu uwagę od bólu rozstania ze Smykiem.

A po powrocie do domu rzuciłam się w wir sprzątania i porządkowania.

 

Taki jakiś nieskładny wyszedł mi ten wpis, ale ciężko mi się pozbierać i skupić.

komentarze (12) | dodaj komentarz

Jeszcze bardziej się denerwuję

sobota, 31 maja 2008 19:48

Właśnie wiszę na telefonie z liniami lotniczymi, bo jak można się domyślić, dalej wszystko jest nie tak jak być powinno.

Wprawdzie na rozpisce męża pojawił się powrotny lot z Monachium do stanów, ale za to zniknął poniedziakowy lot z Chicago do Krakowa. I nadal nie ma powrotnego połączenia z Krakowa do Monachium.

Jakimś cudem zniknęła od wczoraj rezerwacja na lot męża z Chicago do Krakowa. 

A LOT i Lufthansa w Chicago są zamknięte w weekend, więc United proponuje mi przełożenie podróży na dzień następny.

Od pół godziny słucham tej ich muzyczki i zaraz mnie szlag trafi.

komentarze (7) | dodaj komentarz

Denerwuję się

piątek, 30 maja 2008 20:16
W poniedziałek moje chłopaki lecą do Polski na 3 tygodnie. 

Już od kilku dni chodzę z tego powodu lekko poddenerwowana.

Dzisiaj postanowiłam jeszcze raz, tak na wszelki wypadek, posprawdzać i wydrukować bilety elektroniczne.

Okazało się, że na bilecie męża brakuje dwóch lotów.

Jakimś cudem ma pokonać dystans z Krakowa via Monachium do Portland nad Pacyfikiem w kilka godzin nie lecąc samolotem. 
A w tym czasie Smyk ma podróżować sam, odebrać bagaż, przejść odprawę celną  etc.

No wiem, że takie rzeczy się zdarzają, WIEM. Ale dlaczego akurat na nas trafiło?

Zadzwoniłam do linii lotniczych. Mają mi przysłać nowe bilety w ciągu 24 godzin. 
Tyle razy powtarzałam pani (dość miłej z resztą), że moje dziecko ma jedynie 2.5 roku i żadną miarą nie może podróżować sam i MUSI lecieć tym samym samolotem co jego ojciec, że pani to w końcu wklepała w uwagach z numerem rezerwacji męża.

Podobno ma już być OK. 

Tyle zapewnienia pani z biura obsługi klienta a jak będzie to sią okaże.

komentarze (6) | dodaj komentarz

20/2008

czwartek, 29 maja 2008 19:11
W zasadzie to miałam dzisiaj napisać o czymś innym, ale że wczoraj wieczorem Smyk dość wcześnie zasnął, więc mogłam skończyć książkę, zaczętą kilka dni wcześniej

Zabić Drozda

autorstwa Harper Lee

Nie zamieszczam zdjęcia okładki. Nie znalazłam jej w inetrnecie, zapewne dlatego, że jestem posiadaczką starego wydania - starszego ode mnie. Książkę czytałam już wcześniej przynajmniej dwa razy, ale jest to jedna z tych powieści, które można czytać bez końca i nigdy się nie znudzą. Wprawdzie głównym przesłaniem książki jest walka z rasizmem, ale mnie urzekły ciepło i humor, które emanują z jej kart. Szkoda,  że Harper Lee nie napisała więcej powieści, albo raczej nie zdecydowała się niczego opublikować, uważając, że to co napisała nie jest wystarczjąco dobre.

Cztery lata temu, będąc już w stanach, ale na wschodnim wybrzeżu, obejrzałam sobie film z 1962 roku z Gregory Peckiem w roli Atticusa (film dostał 3 oskary).


Kadr z filmu Zabić Drozda
Mary Badham w roli Smyka oraz Gregory Peck jako Atticus Finch


komentarze (0) | dodaj komentarz

W kąpieli

środa, 28 maja 2008 20:44
Kiedy Smyk moczy się wieczorem w wnnie, ja siedzę razem z nim w łazience. 
Tak dla towarzystwa. 
Robię sobie na drutach, czytam, albo urządzam sobie salon piękności. 

Ostatnio jednak Hultajstwo domaga się ode mnie bardziej aktywnego uczestnictwa w tych wieczornych rytuałach.

Mam mu śpiewać.

No więc ja śpiewam a Smyk uważnie obserwuje moje usta i lekko porusza swoimi. 
Czasem śpiewa też po swojemu.

Czasem bawimy się w łapki, tzn. układamy na przemia nasze dłonie jedna na drugiej na brzegu wanny, wyciągamy je na zmianę i układamy na samej górze. 
Zabawa ta niesamowicie rozśmiesza Krzysia.
Inna odmiana łapek to uderzanie: o swoje uda, klaśnięcie, w dłonie osoby, z którą się bawimy. 
Trochę zajęło Smykowi opanowanie tej sekwencji, teraz dla utrudnienia uderzamy po dwa razy. 
I znowu śmiechu jest co niemiara!

Ostatnio hitem w kąpieli jest zabawa pod hasłem Maniu
Nabieram w dłoń odrobinę wody i po kropelce polewam Bobasa po ramieniu a potem lekko go łaskoczę naśladując bieganie pajączka. Potem po drugim ramieniu, po nóżkach, po brzuszku. 
Hultajstwo to uwielbia! 
Wczoraj dodatkowo musiałam polewać Go wodą z małej konewki.

Ale to co mnie wczoraj najbardziej ucieszyło to to, że udało nam się troszkę poczytać. 
Dostałam kiedyś od koleżanki po jej dzieciach kilka książeczek, w tym wierszyki Juliana Tuwima - książka wydana w 1983 roku, nieco zgrzebna, bez kolorowych ilustracji, z bardzo prostymi, jednokolorowymi rysunkami. 
I to chyba przeważyło sprawę. 
Zamiast koncentrować się na kolorowych ilustracjach, Smyk bardziej słuchał tego, co czytam i tak udało nam się przeczytać 6 czy 7 wierszyków, w tym o murzynku Bambo oraz ten o kotku - i to dwa razy:

Miauczy kotek: miau!
- Coś ty, kotku, miał?
- Miałem ja miseczkę mleczka,
Teraz pusta już miseczka,
A jeszcze bym chciał.
(Julian Tuwim)

komentarze (6) | dodaj komentarz

uhm

wtorek, 27 maja 2008 18:30
Smyk ostatnio podłapał i zaczął upajać się słówkiem uhm (czy to wogóle jest słowo?). Kiedyś na wszystko odpowiadał yeah, teraz ciągle uhm i uhm. Przy czym o ile nie jest całkowicie przekonany, że chce powiedzieć nie, to odpowiada uhm, nawet, albo raczej zwłaszcza jak nie do końca wie o co go pytają.

- Byłeś dzisiaj w przedszkolu?
- uhm
-Jadłeś w przedszkolu śniadanko?
- uhm
- Spałeś w przedszkolu?
- uhm
- Bawiłeś się z dziećmi?
- uhm
- Rysowałeś?
- uhm
- Piłeś piwo w przedszkolu?
- uhm
- Przyszedł do was święty Mikołaj z prezentami?
- uhm

Pod wpływem przedszkola Smyk zrobił się odważniejszy i bardziej towarzyski. Jakiś tydzień temu byliśmy u mojej koleżanki i nagle Hultajstwo samo z siebie podreptało na piętro do pokoju syna koleżanki i chłopcy ślicznie się tam razem bawili. Do tej pory zawsze musiałam siedzieć przy Małym na dywanie, albo chociaż być w zasięgu wzroku. 
A wczoraj razem z całym stadkiem zaprzyjaźnionych dzieciaków brykał na trampolinie, bujał się w hamaku i rozrabiał na podwórku a ja w końcu, pierwszy raz od narodzin mojego syna, mogłam sobie posiedzieć spokojnie i poplotkować z koleżankami popijając herbatkę.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Ulotne chwile

piątek, 23 maja 2008 20:28
Siedzę sobie na schodkach przed domem i patrzę jak mąż kosi trawnik, a wokół niego biega Smyk. Staje kilka metrów przed mężem na trasie kosiarki a kiedy ta się już zbliża to ucieka z perlistym śmiechem dobiegającym do mnie poprzez hałas. Potem goni kosiarkę lub biega wykoszonymi alejkami. Albo pomaga tacie pchać kosiarkę stojąc między mężem a kosiarką i duma połączona z niewyobrażalnym szczęściem maluje się na jego buźce. A kiedy trzeba opróżnić pojemnik na trawę, pomaga tacie go nieść na kompostownik i tak znikają oboje za rogiem domu. 
A ja sobie siedzę na schodku i popijam herbatkę...

Zza firanki patrzę jak Smyk z tatą sadzą rożowy bez. Tata kopie, Hultajstwo też musi potrzymać łopatę. Razem przywożą dobrą ziemię i wsypują do dołka, wkładają bez, Smyk wsypuje resztę ziemi. Kiedy widzi jak tata udeptuje ziemię wokół, sam też tak robi. I najważniejsze - podlewanie! Z namaszczeniem Smyk dzierży wąż i podlewa bez, swoje skrpetki też. 
A ja zerkam zza firanki upajając się tym widokiem...

komentarze (6) | dodaj komentarz

Lejek

czwartek, 22 maja 2008 20:10
Na jak długo może dziecko zająć lejek? 
Taki zwykły kuchenny lejek?

Na długo. 

Przecież lejek to fantastyczna trąbka! Smyk najpierw musiał opanować wydawanie dźwięków zbliżonych do trąbienia a potem długo upajał się robionym przez siebie hałasem. Mama waliła w tamburyno, więc wyszła nam niezła jazz session.

Ponadto przez lejek można spoglądać jak przez lornetkę kiedy już uda się przyłożyć tę małą dziurkę do oka. Świat, tak oglądany, wygląda zupełnie inaczej!

Do otworu można też wkładać paluszki i machać zaklinowanym lejkiem! 

Do szerszej części można wkładać małe klocki i zabawki, o cukierkach nie wspominając. 

Pod lejkiem można też coś schować.

Lejek to też niezłe nakrycie głowy, wprawdzie łatwo się ześlizguje z włosków, ale Hultajstwu to akurat nieprzeszkadza.

A w wannie ileż radości może dać Ci lejek! (Pod warunkiem, że masz 2.5 roku) 

Można pod niego schować gumową kaczuszkę. 

Jak ta mama to robi, że udaje jej się nabrać do lejka wodę? Aaaa! Zakrywa otworek palcem! To teraz ja! I za którymś podejściem udaje się nabrać w lejek wody a potem Smyk obserwuje jak leje się uwolniony słupek wody po odsunięcu palca.

Taki zwykły kuchenny lejek...

komentarze (3) | dodaj komentarz

18, 19 20/2008

środa, 21 maja 2008 19:05
Kiedyś zaczytywałam się książkami Alistaira McLaina - uwielbiam takie wciągające historie, które do końca trzymają w napięciu i gdzie dość długo trudno wyczuć kto jest pozytywnym a kto czarnym charakterem. 
Tutaj Mam dwie książki tegoż autora Przełęcz Złamanego Serca oraz Komandosi z Nawarony, chociaż wydaje mi się, że Działa Nawarony też miałam, więc pewnie są u teściów w Polsce.
      

Teraz czytam zbiór repotaży roku 1997 To nie mój pies, ale moje łóżko
Książka czekała kilka lat aż się za nią zabiorę, a szkoda, bo reportaże bardzo ciekawe i dobrze się czyta, tylko czasami to bardzo przygnębiająca lektura. 
Kilka z tych reportaży pamiętam z radiowej Trójki.

 

Zrobiłam też małe zakupy w Merlinie (pierwsze były w lutym) i teraz lista książek, które przywiozą mi z Polski chłopaki obejmuje:

Jeździec miedziany, Paullina Simons
Piątkowy Klub Robótek Ręcznych, Kate Jakobs
Sklep na Blossom Street, Debbie Macomber
Skrawki życia, Debbie Macomber
Samotność w Sieci. Tryptyk, Janusz Leon Wiśniewski
Tam, gdzie spadają Anioły, Dorota Terakowska
Tato, William Wharton
Trzech panów w łódce nie licząc psa, Jerome K. Jerome
W pętli, Nicholas Evans
Zielona mila, Stephen King 

Kilku z nich nie czytałam jeszcze, kilka tak, ale chcę je mieć na półce.
Liczę też na to, że do walizek zmieści im się jeszcze kilka moich książek, które leżą sobie w pudłach u teściów  i czekają na przywiezienie tutaj.

Dla Smyka zamówiłam w Merlinie kilka bajek na DVD, takich jak Sindbad, Pszczółka Maja, Żwirek i Muchomorek, Bolek i Lolek, więc będę miała kolejną podróż sentymentalną w czasy dzieciństwa.

komentarze (5) | dodaj komentarz

Bo cię porazi prąd!

wtorek, 20 maja 2008 18:51
Hultajstwo szarpie za kabel grzejnika (wtyczka w kontakcie). 
Dwukrotne powtórzenie prośby "Synku, nie szarp kabla" oczywiście nie odnosi żadnego skutku.

Łapię Smyka za rękę (żeby przestał szarpać) i tłumaczę: 

- Jak będziesz tak szarpał to porazi cię prąd. - W oczach dziecka widzę kompletny brak zrozumienia o co mi chodzi, więc dalej tłumaczę:

- Jak cię porazi prąd to będzie cię bardzo bardzo bolało, bardziej niż jakby cię ugryzł w pupę piesek!

Od tego dnia, każda wizyta w łazience (gdzie stoi grzejnik) kończy się wykładem Smyka połączonym z prezentacją:

Hultajstwo najpierw delikatnie dotyka kabla,  a potem machając paluszkiem mówi: 

- No, no! Łała am tu (dotyka pupy) au!, co w języku mojego dziecka znaczy tyle co "Nie wolno szarpać kabla bo piesek ugryzie w pupę i będzie bolało!"

Najważniejsze, że od tamtej pory Hultajstwo nie szarpie już zadnego kabla, nie tylko tego w łazience.

PS
Smyka nigdy nie pogryzł żaden pies, ale wie, że to boli.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zabawa z zapałkami

poniedziałek, 19 maja 2008 20:40
Smyk ostatnio podrósł. Niby nic zaskakującego, ale teraz jak stanie na brzegu kominka i mocno wyciągnie łapki do góry to może sam ściągnąć to co stoi na półce nad kominkiem.
Wczoraj ściągnął zdjęcie, na którym jestem ja w wieku ok. 6 miesięcy z moją mamą. Przyniósł mi fotkę, wskazał paluszkiem na postać w wózku i oświadczył mi, że to on a ta pani obok to jego mama czyli ja. 
Sztafeta pokoleń.
To prawda, że jestem bardzo podobna do mamy a Hultajstwo do mnie.

W sobotę Smyk wspiął się na kominek i ściągnął z półki pudełko z zapałkami, a w zasadzie z jedną, ostatnią zapałką. Przerwałam sprzątanie i obserwowałam co też ten mój bystrzacha wykombinuje. 
Wyciągnął z pudełka zapałkę i usiłował ją zapalić pocierając najpierw o ścianki wewnętrznego pudełka (bez siarki) a potem o właściwe miejsce z siarką. Na szczęście siarka była już bardzo mocno wytarta a Hultajstwu brakuje siły i wprawy więc nie dał rady. Przybiegł z zapałką do mnie z prośbą, żeby mu ją zapalić. 
Chilę potrzymał ją taką płonącą i zdmuchną.
Dobrze, że już w domu nie ma więcej zapałek. 

komentarze (5) | dodaj komentarz

Na golasa i na bosaka

piątek, 16 maja 2008 19:59
Wczoraj przyszło do nas lato. Piękne, ciepłe, słoneczne.
Popołudniu było +29 stopni a do tego wiał lekki wietrzyk, więc wzięliśmy ze Smykiem we władanie taras za domem. 
Hultajstwo osiągnęło pełnię szczcęścia biegając sobie na golaska, nieskrępowyny żadnymi ubrankami, bucikami czy pieluchą.
Przyniosłam na taras stulitrowy pojemnik zwany u nas Balią i nalałam do niej trochę wody, więc Hultajstwo miało używanie. Chwilę moczył pupę, ale o wiele ciekawsze okazało się nalewanie wody do małej konewki  i polewanie wodą zabawek, siebie, nóg mamy, krzesełek, przesuwanie balii to tu to tam, aż w końcu woda została całkowicie wylana a balia zaczęła służyć jako domek, obracana i przewracana na wszystkie możliwe sposoby.
Jeszcze wcześniej w wodzie wylądowała szmata a potem Hultajswo biegał z tą mokrą szmatą na głowie oraz ćwiczył rzut mokrą szmatą na odległość - wyraźną przyjemność sprawiało Smykowi charakterystyczne mlaśnięcie towarzyszące lądowaniu szmaty na deskach tarasu.
Ja siedziałam sobie na krzesełku turystycznym i z nogami opartymi na drugim krześle robiłam na drutach. Moje nogi okazały się kolejną wspaniałą zabawką dla Hultajstwa. Zaczął się na nie wspinać, wieszać, siadać na nich jak na ławeczce, zaklinowywać się między nimi niczym zakuty w dyby, myć je (!) a nawet... całować mnie po stopach!
Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich Smykowych zabaw z wczorajszego popołudnia, ale było ono bardzo miłe dla nas obojga. To jedne z tych chwil, które chciałoby się zapamiętać na zawsze.
A wieczorem zasypialiśmy przy oknach otwartych na oścież. Żaby wprawdzei nie rechotały, ale zanim całkowicie odpłynęłam, usłyszałam jeszcze odległe niemiejskie szczekanie psa.
Dzisiaj dzień wstał jeszczce piękniejszy i ma być nieco cieplej...

komentarze (3) | dodaj komentarz

Cornus Florida

czwartek, 15 maja 2008 20:10
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze do poprzedniego wpisu.
Wszyscy, którzy mają "kawałek" ogródka przy domu lub działkę wiedzą, ile pracy kosztuje doprowadzenie do takich efektów. 
Niestety u mnie tylko fragmentami  jest tak ładnie, jeszcze sporo pracy, radości i rozczarowań przede mną.

Kiedy wprowadziliśmy się do naszego domu, koło niego było tak sobie. 
Przed domem w miarę ładnie, wiadomo jak to od frontu. 
Za domem - czarna rozpacz. Klepisko i ugór z takimi wykrotami w quasi-trawniku, że można było sobie połamać nogi.
A to za domem przecież spędzamy większość czasu buszując z Hultajstwem popołudniami, więc to tam chcę, żeby było najładniej.

Dzisiaj przedstawiam Dogwood Tree (Cornus Florida) czyli Dereń Kwiecisty. Został on posadzony przez poprzednich właścicieli domu i chyba głównie dzięki niemu ten dom kupiliśmy. Kiedy przyszliśmy obejrzeń dom, drzewko było obsypane kwiatami i tak wdzięcznie wyglądało, że wszystkie niedociągnięcia i wady domu jakby zmalały...





komentarze (1) | dodaj komentarz

Majowa rabatka

środa, 14 maja 2008 18:04
To już trzecia wiosna w moim ogródku. Powoli zaczyna on wyglądać tak, jak sobie to kiedyś wymarzyłam. Oto jedna z rabatek:






komentarze (5) | dodaj komentarz

Z tej mąki chleba nie będzie...

wtorek, 13 maja 2008 17:59
Piątkowe popołudnie. 
Mama odpoczywa po  trudach całego tygodnia czyli ogląda wiadomości z drutami w ręku, tata coś robi w ogródku, Hultajstwo znika w kuchni. Mamę dobiegają szeleszczące dźwięki, ale nadal ogląda wiadomości przekonana, że Smyk majstruje w kredensie (a tam wszystko nadaje się do wzięcia w łapki Hultajstwa, więc nie ma problemu).
Po chwili mamę zaniepokoiła dziwna cisza jaka zapanowała w kuchni. Odkłada druty i udaje się do kuchni, gdzie zastaje taki oto widok:



Robiąc wcześniej naleśniki, odłożyłam mąkę na niższą półkę niż zazwyczaj i na dodatek nie domknęłam drzwi spiżarki. Takiej okazji Hultajstwo nie mogło przepuścić!

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 95610

Motylek

Motylek:
motylek73@gazeta.pl

W Polsce jest godzina: U Motylka jest godzina:

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Statystyki

Odwiedziny: 95610
Bloog istnieje od: 1237 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: